Qila Morte - Świt Legend
Skip

Mit o założeniu Świętego Zakonu Masek

Post has published by admin

Xavier Valentine — rosły, krzepki mężczyzna o bystrym, przenikliwym spojrzeniu — przez lata obserwował, jak wyznawcy różnych bóstw wznoszą ku ich czci coraz wspanialsze świątynie. Święte budowle wyrastały niczym grzyby po deszczu, niezależnie od granic powstających miast, państewek, a w końcu pierwszych potężnych królestw. Kapłani z zapałem głosili swoje nauki, każdy oferując jedyną, prawdziwą wizję rzeczywistości. W każdym regionie Tanis oddawano cześć innemu bóstwu, bowiem ludzie, w swojej nieskończonej różnorodności, nie potrafili zjednoczyć się w wierze.

Jaskinia, w której więziono Xaviera, zdawała się być wyciętą w skale przez samą naturę raną. Wilgotne ściany ociekały słoną wodą, która mieszała się z kroplami krwi paladyna, tworząc na posadzce misterną mozaikę czerwieni i bieli. Powietrze było gęste od zapachu morza i śmierci, a odgłosy fal uderzających o skały przypominały ponury pogrzebowy marsz. Promienie słońca, które z trudem przedzierały się przez wąskie szczeliny, tworzyły na ścianach tańczące wzory, jedyne urozmaicenie w monotonii mijających dni.

Xavier był paladynem na służbie księcia Jugga. Dzięki wybitnym osiągnięciom na niezliczonych polach bitewnych szybko zgromadził wokół siebie rzeszę oddanych zwolenników, zyskując miano niezwyciężonego bohatera. Na jego widok kobiety szeptały z zachwytem, wojownicy skłaniali głowy w geście szacunku, a dzieci układały piosenki o jego czynach. Lecz nadszedł czas, gdy książę, snujący ambitne plany stworzenia najpotężniejszego królestwa w całym Tanis, zaczął drżeć z niepokoju. Pomimo niezliczonych zapewnień swojego najlepszego wojownika, pan wschodniego wybrzeża tracił do niego zaufanie z każdym dniem. Wysyłał szpiegów, którzy szeptali mu do ucha kłamliwe opowieści, zatruwając jego duszę jadem nieufności i zazdrości.

W końcu, pewnego pamiętnego dnia, gdy niebo zasnuło się ciemnymi chmurami zwiastującymi burzę, książę wydał na Xaviera wyrok śmierci. Paladyn poddał się bez najmniejszego oporu, nie wyciągnął miecza przeciwko strażnikom, którzy przyszli go pojmać. Przez trzy długie tygodnie był więziony w jaskini nad brzegiem Zatoki Zdobywcy, skazany na powolną śmierć z głodu i wycieńczenia, przywiązany ciężkimi łańcuchami do zimnych skał. Ani przez jedną chwilę nie wyrzekł się swojego władcy. Każda minuta była dla niego bolesną próbą wierności, lecz nie złorzeczył temu, któremu przysiągł dozgonną lojalność.

Zatoka Zdobywcy rozciągała się u stóp wysokich klifów niczym błękitny dywan haftowany białą pianą. W pogodne dni woda mieniła się wszystkimi odcieniami błękitu, a rybackie łodzie sunęły po jej powierzchni jak kolorowe liście. Teraz jednak, podczas uwięzienia Xaviera, morze stało się niespokojne, jakby samo niebo opłakiwało los szlachetnego rycerza. Fale uderzały o brzeg z siłą zdolną kruszyć kamienie, a wiatr niósł ze sobą słony zapach i krzyki morskich ptaków, które zdawały się ostrzegać przed nadchodzącym przeznaczeniem.

Co trzy dni do jaskini przychodził tajemniczy starzec. Jego sylwetka, zgarbiona pod ciężarem lat, rzucała na ściany jaskini długi, niewyraźny cień, który zdawał się żyć własnym życiem. Wypytywał Xaviera o wiarę i przyrzeczenia, zawsze kończąc niezmienną prośbą, by wyrzekł się obietnicy złożonej księciu, kusząc go pożywieniem i czystą wodą. Jednak paladyn nigdy się nie złamał, odmawiając z coraz większym zapałem, choć jego niegdyś potężne ciało powoli obumierało, zamieniając się w cień dawnej chwały.

Dwudziestego pierwszego dnia, po raz siódmy, pojawił się starzec. Był chudy, wręcz wychudzony, a jego pomarszczona skóra wyglądała, jakby należała do innego, znacznie większego człowieka, rozpięta na szkielecie zbyt małym, by ją wypełnić. Patrzył na Xaviera podkrążonymi oczami o nieokreślonym kolorze, które zdawały się zmieniać barwę z każdym mrugnięciem. Tym razem nie przyniósł ze sobą kosza wypełnionego świeżym mięsem, pachnącymi owocami ani kieliszka wina.

Starzec oznajmił spokojnym głosem, który odbił się echem od ścian jaskini, że książę Jugga zmarł, a Xavier, słysząc te słowa, uronił samotną łzę, która zostawiła jasny ślad na jego zabrudzonej twarzy.

— Płaczesz po bestii, która cię tu uwięziła? — zapytał starzec z nieukrywanym zaciekawieniem, przekrzywiając głowę jak ptak studiujący niezwykłe zjawisko.

— Przyrzekłem mu wierność do ostatniego tchu. To nie jego wina, że jego serce zostało zatrute kłamstwami — odpowiedział były paladyn głosem ochrypłym od pragnienia, nie mając cienia wątpliwości co do szczerości swoich słów.

— Więc mu wybaczasz? — Oczy starca zaświeciły się nagle jak dwie małe gwiazdy na nocnym niebie, rzucając na ściany jaskini blask, którego nie mogła dać żadna ziemska pochodnia. Choć Xavier tego nie zauważył, zbyt osłabiony bólem i głodem, pod chudym ciałem starca kryły się siły zdolne zatrząść fundamentami najsilniejszych królestw.

— Nie — rzekł Xavier, plując krwią, która zabarwiła kamienną posadzkę. — Nie mam czego mu wybaczyć. Nie winię go za nic. Mogę jedynie mieć nadzieję, że jego śmierć była spokojniejsza od mojej.

Kajdany, które dotąd krępowały potężnego niegdyś wojownika, pękły nagle z hukiem tak potężnym, że przez chwilę zagłuszył grzmoty fal uderzających o skaliste wybrzeże. Echo tego dźwięku niosło się po zatoce, płosząc morskie ptaki i budząc w mieszkańcach pobliskich wiosek przeczucie, że oto na ich oczach dokonuje się coś wielkiego.

— Doprawdy, nie ma godniejszego człowieka od ciebie — rzekł starzec, a jego głos, choć zachrypnięty od starości, stawał się z każdym słowem coraz potężniejszy, nie pasując już do zgarbionej postaci otulonej w stare łachmany. Brzmiał teraz jak odległy grzmot, jak dźwięk bębna wojennego, jak szept pradawnej mocy. — Wstań, rycerzu, bo jako jeden z nielicznych nie musisz nam się kłaniać. Powstań, bo przeszedłeś moją próbę z honorem, jakiego nie widziałem od stuleci.

Xavier zwątpił, czy ma wystarczająco siły, by podnieść się z kamiennej ziemi, ale ku swojemu przerażeniu i fascynacji odkrył, że jego ciało znów stało się silne i młode, powracając do stanu z czasów jego największej chwały. Rany zagoiły się, mięśnie napełniły się siłą, a umysł jasnością. Nie był już nagi i bezbronny. Opleciony został w długą, śnieżnobiałą szatę o fakturze przypominającej jedwab, na której piersi widniał wyhaftowany srebrną nicią symbol smoka o rozpostartych skrzydłach i oczach z szafirów, które zdawały się obserwować wszystko wokół.

— Jam jest Thuran — kontynuował smok w przebraniu starca, a z każdym słowem jego postać zdawała się rosnąć, wypełniając jaskinię błękitnym światłem. — Namaszczam cię na założyciela Świętego Zakonu Masek, który założysz w przeciągu dwudziestu jeden dni. Kiedy nadejdzie dzień, w którym zbierzesz pierwszych sześciu godnych rycerzy, powrócę, by podarować wam sześć świętych relikwii. Będą to maski stworzone ze smoczych łusek, każda ukuta w ogniu naszego oddechu i błogosławiona krwią naszych serc. Każda z nich będzie darem od jednego ze smoków, strażników równowagi tego świata. Idź i głoś smocze słowo, bo zbyt długo ludzkość pozostawała bez naszej ochrony — zakończył, po czym westchnął ciężko, a jego spojrzenie stało się ponure, jakby dostrzegał w przyszłości cienie, których nikt inny nie mógł zobaczyć. — Obyś nigdy nie stracił wiary w nas, bo pochłonie cię ułuda nicości.

Gdy Xavier opuścił jaskinię, stanął na krawędzi klifu, czując na twarzy ciepły, morski wiatr. Zatoka rozciągała się przed nim w całej swej majestatycznej okazałości. Słońce przedzierało się przez chmury, tworząc na wodzie tysiące migoczących złotych punktów. W oddali majaczyły zarysy rybackich łodzi wracających z połowu, a nad nimi krążyły białe mewy. Świat zdawał się odrodzony, jakby wraz z Xavierem otrzymał drugą szansę. Paladyn zrozumiał wtedy, że jego życie ma nowy cel, większy niż służba jakiemukolwiek śmiertelnemu władcy.

Jak nakazał mu najwyższy ze smoków, Xavier Valentine wyruszył w świat, głosząc smoczą przypowieść. Wędrował przez miasta i wioski, przez góry i doliny, przez pustynie i lasy, wszędzie znajdując tych, których serca były czyste, a dusze gotowe na przyjęcie prawdy. Dwudziestego pierwszego dnia założył zakon, gromadząc wokół siebie pierwszych uczniów w starożytnej świątyni na szczycie góry, skąd widać było cały świat. Miejsce to, opuszczone przez ludzi, lecz pamiętane przez smoki, stało się pierwszą siedzibą Zakonu Masek.

Po kolejnych dwudziestu jeden dniach zebrał sześciu godnych rycerzy, których wybrał spośród setek kandydatów. Byli to mężczyźni i kobiety różnego pochodzenia i wieku, zjednoczeni jedynie czystością intencji i niezłomnością ducha. Wtedy, podczas ceremonii pod rozgwieżdżonym niebem, Thuran osobiście wręczył im święte maski, każdą inną, każdą zaklętą w swoją historię, symbolizujące odwieczną jedność ludzi i smoków. Tak narodził się Zakon Iscariot, z którego wieki później wywodzili się najwspanialsi rycerze: Egehard Asura oraz Arden Revan, których imiona miały przejść do legendy.

Facebook X / Twitter Pinterest