Zanim powstały chmury, gwiazdy, morza i oceany, nie istniało nic – nawet pustka. W tej bezkresnej, niemej otchłani rozbrzmiał głos potężniejszy niż tysiące boskich chórów i setki smoczych ryków, głos, który rozdarł niewypowiedzianą ciszę nieistnienia.
— Niech powstanie Nicość!
I Nicość, zwana później Matką, wyłoniła się z niebytu na rozkaz Tego, który istniał od prapoczątku – zanim czas uformował gwiazdy w konstelacje, a morza i oceany wypełnił dziką fauną i florą. Była ona jednocześnie wszystkim i niczym, bezkształtną potęgą pełną nieograniczonych możliwości, czekającą, by tchnąć życie w pustkę.
Zanim na grzbiecie kontynentu Tanis wyrosły pierwsze potężne drzewa, których korony sięgały ku niebu jak modlitwy, a góry i wzgórza wyżłobiły blizny na śpiącym gigancie, ponownie rozbrzmiał głos silniejszy niż grzmoty na niebie i rozbijające się o klify fale morskie.
— Matko, sprowadź na świat swoje dzieci!
I Matka Nicość, zawieszona w czarnej przestrzeni nieskończoności, chwyciła za Młot Życia, lśniący srebrną poświatą nadziei. Wznosząc go wysoko, po tysiąckroć uderzała w Kowadło Śmierci, z którego sypały się iskry przyszłości. Na ten pusty jeszcze świat sprowadziła istotę piękną i drapieżną o potężnych skrzydłach, rozpostartych jak żagle na wietrze pierwszego świtu. Pochwyciła go w swe puste ramiona i nadała mu kształt mężczyzny o oczach płonących ogniem stworzenia. Nazwała go Thuran. I to właśnie Thuran stał się najstarszym dzieckiem Matki, pierwszym z gwiezdnych istot.
Otaczająca go pustka stopniowo nabierała głębi – czarna jak atrament, a jednak pulsująca potencjałem, w którym czaiły się zalążki przyszłych światów. Gdy Thuran poruszał swoimi potężnymi skrzydłami, cienie i światła tańczyły wokół niego, zwiastując przemiany czekające nienarodzone jeszcze królestwa.
Nicość spojrzała na swe dzieło i zapragnęła kolejnego potomka. Uderzała przez dziewięć dni i dziewięć nocy Młotem w Kowadło, a każde uderzenie brzmiało jak echo pierwszych słów stworzenia. Tworzyła cuda i radowała Ojca, stworzyciela wszystkiego. Z Kuźni Stworzenia, otoczonej mgławicami obietnic i możliwości, wyłonił się Kalvian o boskich rysach, którego twarz jaśniała blaskiem tysiąca słońc. Stał się pierwszym i najpotężniejszym bogiem, a jego kroki zostawiały ślady gwiazd na pustyni nieistnienia.
Lecz Nicość nie poprzestała na tworzeniu. Spod jej Młota, wśród oślepiających błyskawic i grzmotów budzącego się do życia kosmosu, wyłoniły się następujące magiczne stworzenia zwane później smokami, do których Thuran również należał. Byli to jego bracia – mądry Rashe, którego oczy odbijały wszystkie tajemnice wszechświata, i sprawiedliwy Dagoba, którego łuski lśniły jak lustra prawdy. Natomiast z boskiego ziarna, zasianego w kosmicznym ogrodzie możliwości, narodzili się kolejno: bóg Fare, którego śmiech przynosił radość, bogini Kapejso o włosach splecionych z promieni słonecznych, delikatna Tali, której dotyk budził życie w martwej materii, oraz kolejny z bogów, ambitny Hakale, który od tego dnia będzie rywalizował z najwyższym z bogów.
Matka spojrzała na swe dzieci. Ujrzała w nich piękno i potęgę, ich aury przenikały się nawzajem tworząc symfonię barw i energii. Raz jeszcze uniosła Młot Życia i z determinacją uderzyła w Kowadło Śmierci, pomimo tego, że została ostrzeżona szeptem wieczności, by tego więcej nie robić. Okrutny los zadrwił z Nicości, gdy Młot, uderzając o Kowadło z ogłuszającym dźwiękiem rozdzierającym zasłony rzeczywistości, uległ zniszczeniu. Iskry jak fontanna światła narodziły się z tej tragedii, wznosząc się ku niemym świadkom stworzenia. Lecz zanim moc kreacji przepadła na wieczność, wyłonili się następujący bogowie: Rhedan o ciele z czystego światła, łagodny Arehn oraz Thyn, strażnik tajemnic, a do smoków dołączyła złotołuska Ilsheya, smukły Eshele oraz Davak zwany Ostatnim, którego oczy były studniami mądrości.
Thuran, widząc zagładę Kuźni, pochwycił gasnące iskry w swoje dłonie. Ich ciepło biło jak serca przyszłych istot, a blask pulsował w rytm kosmicznego tańca. Z determinacją i siłą rozrzucił je po całej dostępnej przestrzeni. Pustka przestała być… pusta. Największe iskry, te najjaśniejsze, migoczące niebiańskim blaskiem, zostały nazwane gwiazdami; ich światło przecinało ciemność wieczności jak ostrza nadziei. Te pomniejsze, o bardziej stonowanym blasku, przekształciły się w planety, krążące majestatycznie wokół swoich świetlistych opiekunów. A drobinki lśniące bladym, perłowym blaskiem przekształciły się w pierwszych nieśmiertelnych.
Tak narodził się Vayandor, którego sylwetka rysowała się na tle nowonarodzonych gwiazd jak cień tajemnicy. Zapragnął własnego świata, więc z odwagą pierwszych odkrywców wyrwał kawałek pustki Matce i nazwał swoje królestwo Dendalion, Krainą Zmarłych, na cześć i chwałę wszystkich zmarłych iskier, które odeszły podczas narodzin Dzieci.
Dendalion rozciągało się jak srebrna mgła na granicy istnienia. Było to królestwo półcieni i szeptów, gdzie czas płynął inaczej, a wspomnienia zamieniały się w rzeczywistość. Szare równiny, przecięte rzekami o wodach czarnych jak noc, ciągnęły się aż po horyzont. Wiekowe drzewa o pniach z kości i liściach z dymu stały samotnie na wzgórzach, a ich konary wyciągały się ku niebu w niemym błaganiu.
Kalvian, zwany potem bogiem bogów bądź królem bogów, widząc piękno królestwa Vayandora, również zapragnął cesarstwa dla siebie i swoich braci i sióstr. Przy ich pomocy, w wielkim akcie kreacji trwającym siedem wieków, wybudował Złote Miasto, lśniące jak klejnot na aksamicie nieskończoności. Jego wieże, smukłe i eleganckie, wznosiły się ku niebu jak modlitwy, a kopuły świątyń odbijały blask pierwszych gwiazd. Ulice wyłożone były kamieniami tak jasnymi, że zdawały się emitować własne światło, a fontanny tryskały wodą czystszą niż kryształ. A wokół tego architektonicznego cudu powstało Niebo, kraina wiecznego światła i harmonii. I kolejny fragment pustki przestał być władany przez Matkę.
Najstarszy ze wszystkich, Thuran, zapragnął czegoś więcej niż tylko swojego królestwa. Pragnął życia w harmonii, więc szukając przez trzy tysiąclecia w najdalszych zakątkach rodzącego się wszechświata, pozbierał martwy pył iskier, mieniący się wszystkimi kolorami tęczy. Z tego kosmicznego pyłu, pełnego wspomnień o początkach wszystkiego, stworzył mężczyznę o silnych ramionach i bystrym spojrzeniu, a później kobietę o sercu pełnym miłości. I tak bardzo uradował go widok śmiertelnych posągów, że przez kolejne trzy tysiąclecia ulepił stworzenia zwane potem magicznymi rasami, każde z nich niosące w sobie fragment jego smoczej iskry. Lecz posmutniały pogrążył się w żałobie, gdy spostrzegł, że to co sam stworzył jest puste i pozbawione życia, jak malowane naczynia bez zawartości. Wtedy spotkał pierwszy raz Wszechojca, którego obecność wypełniła przestrzeń wokół niczym światło poranka, a głos jego przemówił do Thurana i przez niego z mocą, która poruszyła fundamenty rzeczywistości.
— Niech nastanie światło!
I powstało światło zwane następnie Źródłem, strumień czystej energii pulsujący w sercu stworzenia, które połączyło bogów i smoki, nieśmiertelnych i śmiertelnych wieczną więzią życia, silniejszą niż czas i przestrzeń. Źródło rozlało się po wszechświecie jak rzeka światła, dotykając wszystkiego, co stworzone, i budząc je do życia.
Uradowany tym faktem Thuran, wraz z pozostałymi smokami, na jednej z planet najpiękniejszej ze wszystkich – o oceanach głębokich jak mądrość i górach dumnych jak odwaga – wrzucił ludzi, magicznych i nieśmiertelnych, i zamieszkał wraz z nimi w jednym świecie. A to co ujrzał, krainę pełną obietnicy i możliwości, nazwał Tanis i Sitan, co w smoczym dialekcie oznacza wieczne przymierze.
Tanis rozciągało się pod gwieździstym niebem jak żywy gobelin utkany z lasów, gór i równin. Na zachodzie wznosiły się majestatyczne pasma górskie, których szczyty, pokryte wiecznym śniegiem, zdawały się dotykać samego nieba. Ich stoki porastały gęste lasy pełne pradawnych drzew, których korony tworzyły zielony baldachim nad ziemią. Na południu rozciągały się bezkresne równiny, na których trawy falowały pod dotykiem wiatru jak morze złota i zieleni. Rzeki, czyste i bystre, przecinały kontynent, niosąc życiodajną wodę do najdalszych zakątków. Jeziora, spokojne jak zwierciadła, odbijały w sobie piękno nieba i otaczających je gór.
Rashe i Dagoba, przewidując skutki działań wszystkich Dzieci, w swojej mądrości dostrzegli potrzebę równowagi. Przy pomocy i zachęcie Ojca, którego mądrość przenikała wszelkie istnienie, wybudowali Świętą Górę Kumlun, która miała zrównoważyć cienką granicę równowagi, nieść ciężar Źródła. Góra ta wznosiła się ponad światem jak strażnik, jej stoki pokryte były lasami o drzewach starszych niż sam czas, a szczyt, sięgający chmur, lśnił kryształowym blaskiem, odbijając światło gwiazd.
I jako, że góra była piękna i mistyczna, Thuran tworzył smocze miasto w świętym miejscu, które nazwał Discordia, i zasiadł na smoczym tronie. Discordia wyrastała z boku Świętej Góry jak klejnot osadzony w koronie. Jej wieże i pałace, wykute w skale i zdobione kryształami, mieniły się w Gemini tysiącem barw. Szerokie aleje i place, wyłożone kamieniem o kolorze miodu, prowadziły do świątyń i ogrodów, gdzie rosły rzadkie rośliny o kwiatach dużych jak dłonie dziecka. W samym sercu miasta, na najwyższym tarasie, stał smoczy tron, wykuty z jednego kawałka czarnego marmuru, a na nim zasiadał Thuran, pierwszy z dzieci Nicości, strażnik równowagi.
I tym sposobem Dzieci Matki mogły zabrać kolejne połacie jej królestwa, aby stworzyć swój własny dom pełen magii i życia, świetlistą mozaikę światów i wymiarów, połączonych niewidzialnymi nićmi przeznaczenia.
Następnie wygnali Nicość, która zbuntowała się wobec kolejnych aktów kradzieży jej pustki, do wymiary pustego i martwego, skazując ją na wieczne złorzeczenie przeciwko nim. Odchodząc w otchłań poza krańcami stworzenia, Matka Nicość przyrzekła im, że nigdy nie ustanie, by odebrać co swoje, a pewnego dnia wróci pod postacią kobiety o oczach starszych niż samo stworzenie i głosie zdolnym zakończyć wszystko, co kiedykolwiek istniało.
Tak więc po eonach lat został stworzony świat jaki obecnie znamy… Świat bogów i smoków, ludzi i magicznych, magii i artefaktów. Świat pełen legend, czekających, by je odkryć, i historii, czekających, by je opowiedzieć.