Qila Morte - Świt Legend
Skip

Mit o pierwszym spotkaniu

Post has published by admin

Gdy gwiazdy osiadły już na swoich miejscach i pierwsi ludzie zaczęli tworzyć większe skupiska, zdarzyło się coś niezwykłego. Niebo, niegdyś błękitne niczym bezkresny ocean, przemieniło się w czarną otchłań. Grzmoty kreśliły na mrocznym firmamencie złowrogie runy, a diabelskie fanfary rozdzierały dotychczasowy ład. Strach zacisnął na sercach ludzi ostre pazury i dusił, nie dając wytchnienia, a krew z bezsilności krzepła niczym zastygająca lawa. Umysł odmawiał przyjęcia tego, co widziały oczy.

Powietrze stało się gęste i ciężkie, przesiąknięte metalicznym zapachem nadchodzącej burzy. Wokół małej wioski, której proste chaty z kamienia i słomy przycupnęły na skraju starego lasu, zapadła niepokojąca cisza. Nawet wiatr, który zwykle igrał z liśćmi pradawnych dębów, znieruchomiał w oczekiwaniu na to, co miało nadejść.

Zza ciemnych chmur wyłoniło się monstrum większe niż wszystko, co wówczas człowiek mógł wznieść własnymi rękoma. Najpierw ludzie dostrzegli olbrzymie skrzydła, przesłaniające nawet mrok. Ich kościste zakończenia tylko wzmagały poczucie wrogości. Powierzchnia skrzydeł mieniła się w świetle błyskawic niczym czarny metal, z każdym uderzeniem serca bestii odbijając światło w hipnotycznym rytmie.

Serca przerażonych wieśniaków dudniły jak galopujące stada dzikich koni, niemal zagłuszając własne niespokojne szepty. Z cienia wyłoniło się masywne cielsko pokryte łuskami, potężne i wypełnione mięśniami, przypominające prastary zamek wynurzający się w świetle pełni księżyca. Nawet najodważniejszym wojownikom w tamtej chwili ciążyły w dłoniach trzymane miecze.

Ślina wolno spływała im do gardeł, raz po raz zatrzymując się w połowie drogi z powodu wszechogarniającej paniki. Ludzie nie uciekali. Zastygli przed chatami niczym posągi przedstawiające bezbronne ofiary nieuchronnej zguby. Błyskawice przecinające ciemność jedynie podkreślały ogrom zbliżającej się istoty. Była potężna, majestatyczna, a zarazem fascynująca. Każdy świadek tego przeklętego spektaklu zdawał sobie sprawę, że ucieczka nie ma sensu, więc wszyscy trwali w miejscu, czekając na śmierć.

Na placu wioski stał kamienny krąg, pamiętający czasy, gdy przodkowie dzisiejszych mieszkańców oddawali cześć siłom natury. Teraz te prastare kamienie, pokryte mchem i czasem, zdawały się drżeć w oczekiwaniu na spotkanie z istotą starszą niż one same.

Kilkunastometrowy ogon zakończony ostrzem przypominającym grot strzały poruszał się w powietrzu tanecznym rytmem. Wielkie, białe źrenice uważnie lustrowały nieruchomy tłum. Paszcza bestii rozchyliła się, ukazując straszliwe kły zdolne rozszarpać każdą żywą istotę.

Tego dnia ludzkość po raz pierwszy ujrzała smoka.

Pikując w kierunku zebranych, potwór zaczął się przeobrażać. Zakrzywione pazury łamały wszelkie prawa natury, by ostatecznie przybrać kształt ludzkich dłoni. Budzący przerażenie pysk przeistoczył się w oblicze dostojnego starca z długą, siwą brodą. Oczy zdawały się lśnić nieskazitelną bielą, a olbrzymi ogon owinął się wokół nowo powstałego ciała w pasie, przemieniając się w skórzany pas.

Powietrze wokół wioski wypełniło się trzaskiem i szumem, jakby sama materia świata protestowała przeciw tej metamorfozie. Chmury nad głowami ludzi wirowały niczym woda spływająca do otchłani, a ziemia pod stopami drżała nieznacznie, jakby oddychała w rytm przemiany.

Wokół istoty unosiła się czarna mgła, zniekształcająca przestrzeń, której dotknęła. Smok w swojej drugiej postaci podszedł do skamieniałego z przerażenia tłumu. Stanął przed Williamem Dożą (od którego nazwiska pochodzi późniejsze miano przywódcy miast — „doża”) i głosem o tysiącu tonacji przemówił z pokorą, rozkładając ręce:

— Qila Morte.

Nogi lidera wioski ugięły się, lecz zebrał w sobie całą odwagę i odwzajemnił spojrzenie, wciąż nieznający zamiarów tajemniczego gościa. Ten zaś szybko zorientował się w swoim nietakcie. Pochylił głowę, uśmiechnął się i tym gestem rozerwał kajdany strachu. Choć jego aura pozostała posępna i czarna, potrafiła ukoić największy lęk. Trwoga zgasła niczym płomień świecy zdmuchnięty przez sztorm. Raz jeszcze zwrócił się do Doży:

— „Qila Morte” w moim języku oznacza „Witaj, śmiertelny”.

Światło przebiło się przez czarne chmury, rzucając na zgromadzonych złocisty blask. Twarze wioski, jeszcze przed chwilą wykrzywione strachem, teraz rozjaśniły się w niemym zdumieniu. Dzieci, które kryły się za spódnicami matek, zaczęły nieśmiało wychylać głowy, by lepiej przyjrzeć się niezwykłemu gościowi.

W tym magicznym dniu, kiedy niebo eksplodowało gniewem, człowiek po raz pierwszy spotkał smoka — jednego z architektów całego świata. Rangę wydarzenia dodatkowo podnosił fakt, że był to sam Thuran, który zszedł z góry Kumlun, by powitać ludzi. Na pamiątkę tej chwili zdecydowano, że ludzie zawsze będą się witać w języku smoków: „Qila Morte”.

Facebook X / Twitter Pinterest